O autorze
Artur Kurasiński - Jestem wkurzonym i niepokornym blogerem ak74.pl oraz cudownym dzieckiem ery internetu. Znam ludzi, którzy znają ludzi - if you know what I mean.

Wkurzam rozmówców i jestem bezczelnie prawdomówny (oczywiście to kłamstwo) a jednocześnie mam w sobie pokłady ciepła i ciekawości drugiego człowieka. Jestem oralnym ekshibicjonistą.

Żyję dla i zarabiam dzięki internetowi. Swoją erudycją potrafię Jacka Kurskiego doprowadzić do łez a żelazną logiką pogrążyć Stefana Niesiołowskiego. Kiedyś w coś wierzyłem i chciałem zmieniać świat ale teraz w trudzie i znoju wytwarzam PKB jako przedsiębiorca.

Panie i Panowie: ecce homo!

Powrót Dywizjonu 303

Według różnych szacunków w Polsce około 70% PKB tworzone jest przez małe i średnie przedsiębiorstwa. W tym również przez takie "nano" (jak je nazywam) firmy tworzone przez ludzi wolnych zawodów po to aby mogli wymieniać się fakturami z firmami, które im zlecają różne prace.

W większości wypadków osoby prowadzące działalność gospodarczą są księgowymi, dbają o rozliczenia z ZUSem, błagają o przesłanie zapłaty na czas a pod koniec dnia wertują monitory ze zmianami przepisów, które mogą ich dotknąć. Jednym słowem - są walecznymi przedstawicielami przedsiębiorców, solą tej ziemi i idąc w zaprzęgu kapitalizmu godnie wypracowują produkt krajowy brutto. Spocznij.



Należę do takich "nano" przedsiębiorców. Pomimo długiego okresu prowadzenia "DG" nadal nie spieszy mi się żeby zmienić formę prowadzenia spółki (głównie ze względu na koszty księgowości). Na szczęście mogę liczyć na mojego Pana Księgowego, który zamiast mnie wertuje liczne przepisy i szuka w nich sensu.

Ostatnio dowiedziałem się, że rząd chcąc pomóc mi w walce z nieuczciwymi kontrahentami wprowadził przepis pozwalający na wyksięgowanie faktury jeśli nie ma za nią zapłaty. Pomysł zacny i piękny - zapewne posłowie klepali się po plecach i mruczeli "no naści przedsiębiorcy - macie co chcieliście przecież UŁATWIAMY Wam prowadzenie biznesu!"

Niestety ponieważ żyjemy w kraju nad Wisłą, w państwie, które od dwudziestu paru lat uczy się demokracji (a rynkowej w szczególności) okazało się, że przepis sobie a życie i empiria sobie. Otóż uchwalając przepis zapomniano dodać w jaki sposób przedsiębiorca ma udowodnić, że daną fakturę otrzymał.

Mój Pan Księgowy po naradzie z innymi Panami Księgowymi wpadł na pomysł, że od dziś każdą fakturę kosztową będę...opisywał własnoręcznie. I tak spędzam kilka godzin w miesiącu siedząc przy stosie faktur za marchewkę i toner gryzmoląc na jej odwrocie "otrzymałem dnia X, podpis Y". I tak kilkadziesiąt razy wpisując jeszcze poprawnie datę (bo przecież dopiero wtedy cała zabawa ma sens).

Siedzę więc jedną ręką pisząc biznesplany aplikacji mobilnych "konkurujących na rynku globalnym" a drugą opisując fakturę z Makro na jabłka i ciasteczka. Bo tak trzeba. Bo tak każą mi urzędnik, przepisy, Minister i kto tam jeszcze podpisał te nowelizację.

Oczywiście histeryzuje. Są większe zmartwienia dla Polaków niż moje głupie papiery. Smoleńsk. Gowin. Konklawe. Kryzys formy Kowalczyk. Mama Madzi. Oczywiście żaden z przedsiębiorców nie wyjdzie na ulicę i nie będzie rozstawiał kolejnego miasteczka. Oczywiście. O tym wiedzą wszyscy.

I dlatego nie dziwię się, że coraz więcej osób (w tym niżej podpisany) myśli o tym żeby pieprznąć tymi (i kolejnymi wyprodukowanymi) papierami w twarz tych wszystkich polityków i armii urzędników i zmienić miejsce płacenia podatków. Nie po to żeby płacić ich mniej (to też bardzo kusi) tylko, żeby nie bać się takiego scenariusza. Bać się urzędnika, który jednym pociągnięciem długopisu niszczy biznes budowany lata oraz skazuje przedsiębiorcę i jego rodzinę na nędzę.

Nic tak nie działa na machinę biurokratyczną jak zmniejszenie dopływu podatków do kasy. Po prostu odcina się paliwo, które pozwala na pracę tych wszystkich komisji przyjaźnie szczerzących się do przedsiębiorców albo ministrów od poklepywania się po plecach z "wielkim biznesem".

Minister Rostowski będzie mógł snuć wielkie plany ale prawda będzie prozaiczna i skrzecząca - dziura budżetowa będzie się powiększała z roku na rok. Nie tylko z powodu niżu demograficznego tylko (a może przede wszystkim) z powodu masowej emigracji małych firm do innych krajów unijnych.

Emigracja podatkowa jest bardzo kusząca. Stanie się poddanym Jej Królewskiej Mości skwapliwie płacącym podatki i odkładającym na swą emeryturę na Wyspach - banalnie proste. Na przeszkodzie nie stają już zagmatwane przepisy czy problemy w rozliczeniach - dzięki wspólnemu rynkowi europejskiemu możemy prowadzić działalność w całej Europie.

Za kilkaset złotych miesięcznie (połowę tego co oddaje się w pokłonach ZUSowi) można prowadzić firmę w UK. Płacąc podatki raz na rok a w dodatku z ogromną ulgą na początku (około 200 tys złotych naszego dochodu nie jest opodatkowane).

Napoleon pogardliwie mówił o Anglikach, że są "narodem sklepikarzy". Mnie to wcale nie przeszkadza a wręcz przeciwnie. Błogosławię naród i władców, którzy nie hamują a wspomagają lokalną przedsiębiorczość. W Polsce zdaję się nadal to prawda mało oczywista i historycznie uwierająca.

Polacy na Wyspach bronili już angielskiego nieba przed nazizmem - teraz przenosząc swoje tam biznesy będą bronili angielskiego funta. Jak widać zawsze mamy jakąś misję do spełnienia.

Ciekaw jestem czy takie sygnały są zauważalne hen, tam "na górze"? Czy ktoś zaczyna dostrzegać, że nawet nie wspomaganie co niszczenie prywatnego biznesu jest największym złem w kraju w którym usługi i prywatny biznes są jedyną drogą do rozwoju?

I tak jak napisałem wcześniej - nikt z przedsiębiorców (dużych, małych i tych tyci-tyci) nie wyjdzie na ulice - oni po prostu przeniosą swój biznes na Cypr, Słowację czy do Wielkiej Brytanii. Zostaną po nich zamrożone albo wyrejestrowane działalności i puste spółki "z o.o.".

A rząd, który dochodził do władzy z wykorzystaniem haseł liberalizmu gospodarczego, pro-biznesowych zapewnieniach i zrozumieniu "problemów polskiego przedsiębiorcy" (łojezu - kiedy to było??) pewnego dnia podliczy budżet i okaże się, że opodatkowanie braku dzieci czy deszczówki już nie wystarcza

Wygląda jednak na to, że do dna jest jeszcze trochę skoro rząd, Sejm, Senat, Premier i Prezydent mogą sobie pozwolić na tysiące bezrobotnych, którzy stracą pracę w wyniku błędów urzędników.

Terrain ahead. Pull up. Pull up.
Trwa ładowanie komentarzy...